Minister Jurgiel broni hodowli zwierząt futerkowych. Ale argumenty ma słabe

Minister rolnictwa nie widzi powodu, by zakazać hodowli zwierząt na futra. W odpowiedzi na interpelację posła Józefa Lassoty powołuje się na domniemaną rolę ekonomiczną ferm i… listy od zagranicznych firm. Obywatele ferm nie chcą, a minister, hodowcy i podmioty z zagranicy tak?

2870414-futerkowe-ferma-657-323 (1)

Branża futrzarska ma według ministra Krzysztofa Jurgiela zapewniać bliżej nieokreśloną liczbę miejsc pracy właścicielom, ich rodzinom i „szeroko pojmowanej obsłudze”. Tymczasem argument, że przyczynia się do zmniejszania bezrobocia już dawno został obalony przez samych futrzarzy. Europejska organizacja branżowa Fur Europe szacuje, że w UE cały sektor (a więc nie tylko hodowle) zatrudnia około 60 tys. osób. Ile z tej liczby przypada na Polskę, nie wiadomo, bo nikt nie prowadzi statystyki. Polskie stowarzyszenia hodowców twierdzą, że około 50 tys., jednak podstaw do tego wyliczenia brakuje. Ministerstwo Rolnictwa zaznacza, że takich danych nie udostępnia, bo nimi nie dysponuje.

Tymczasem np. Jan Drabina, właściciel hodowli, poinformował portal powiatu we Wrześni, że zatrudnia siedem osób, choć wystarczyłoby pięć. Na jego fermie przebywa jednorazowo około 20 tys. zwierząt. Ferm jest w Polsce około 800 (liczby zarejestrowanych i faktycznie prowadzonych obiektów nie są zgodne ze względu na rejestrowanie jednej fermy jako kilku podmiotów oraz działanie zakładów, które formalnie zawieszono). Przy takim zatrudnieniu można szacować, że zatrudniają około 5 tys. osób, przy czym wiadomo, że przy stawkach rzędu 5 zł za godzinę nie ma wielu chętnych do pracy. „W naszej firmie około 50 proc. zatrudnionych pracowników to obywatele Ukrainy. Powodem jest brak chętnych Polaków” – powiedział „Gazecie Lubuskiej” właściciel fermy w Lubartowie.

Według ministra Jurgiela sektor poddawany jest ścisłej kontroli, by poprawić warunki utrzymywania zwierząt. O jej rzeczywistej jakości mówią raporty Najwyższej Izby Kontroli. Po kontroli ferm wielkoprzemysłowych (nie tylko zwierząt futerkowych) NIK wydał opinię: „Organy administracji rządowej nie zapewniły właściwego nadzoru nad funkcjonowaniem ferm zwierząt. Współpraca pomiędzy Inspekcją Weterynaryjną i Inspekcją Ochrony Środowiska była nieefektywna. Nadal występowały istotne różnice w danych dotyczących liczby nadzorowanych ferm. Działania legislacyjne podjęte przez Ministra Środowiska nie zapobiegły podziałom wielkoprzemysłowych ferm zwierząt dokonywanych w celu obejścia obowiązku uzyskania pozwoleń zintegrowanych. Nie rozwiązano także problemu uciążliwości zapachowej ferm zwierząt”. O samych zaś fermach zwierząt futerkowych NIK wypowiadała się następująco: „Inspekcje Weterynaryjne nie w pełni wywiązały się z obowiązków określonych przez Głównego Lekarza Weterynarii w zakresie nadzoru nad fermami zwierząt futerkowych. Kontrole ferm zwierząt futerkowych, przeprowadzone przez właściwe inspekcje na zlecenie NIK wykazały, że w 87 proc. tychże nie przestrzegano wymagań ochrony środowiska, w 48 proc. działalność hodowlana prowadzona była w obiektach nielegalnie wybudowanych lub użytkowanych, a w 35 proc. niezgodnie z przepisami weterynaryjnymi”.

Raport NIK z 2014 roku wykazał z kolei, że nadzór Państwowej Inspekcji Sanitarnej nad fermami zwierząt był niewystarczający. Odnotowano brak aktualnych danych o liczbie ferm zwierząt w ewidencjach ośmiu kontrolowanych stacji sanitarno-epidemiologicznych, co w ocenie NIK uniemożliwia nadzór nad warunkami higieny pracy zatrudnionych w tych podmiotach osób. Co do inspekcji ochrony środowiska, aż w 15 z 20 skontrolowanych ferm zwierząt futerkowych stwierdzono nieprawidłowości, przy czym w trzech województwach we wszystkich kontrolowanych podmiotach. W dziewięciu zostało naruszone prawo wodne. W 10 podmiotach odnotowano nieprawidłowości w prowadzeniu dokumentacji (rejestrów), brak środków dezynfekcyjnych, niewłaściwe: stan higieniczny oraz wyposażenie pomieszczeń służących do przechowywania ubocznych produktów pochodzenia zwierzęcego.

Jak w rzeczywistości wyglądają kontrole weterynaryjne, przekonali się autorzy raportu o działalności ferm zwierząt na futra wydanego przez Fundację Viva! na podstawie odpowiedzi od samych zobowiązanych do ich przeprowadzania. Od kwietnia do sierpnia 2016 roku przesłali do 306 powiatowych inspektoratów weterynarii ponad 1 tys. wniosków o dostęp do informacji publicznej. W przekazywanych informacjach powiatowi lekarze weterynarii podawali czas trwania kontroli z zakresu dobrostanu zwierząt (86 min i 30 s). Gdyby zaś lekarz miał poświęcić na obejrzenie jednego zwierzęcia tylko 1 s, kontrola fermy na 50 tys. zwierząt (a takie wcale nie należą do rzadkości) musiałaby trwać około 14 godz. Rekordzistka – lekarka weterynarii – określiła czas kontroli (włącznie z wypełnieniem protokołu) fermy, która ma długość 7046 m, na 30 min. To oznacza, że musiała prowadzić kontrolę, biegnąc wzdłuż pawilonów z prędkością 14 km/godz.

Minister powołuje się na ważną rolę zwierząt futerkowych na fermach jako utylizatorów produktów ubocznych pochodzenia zwierzęcego, które nie nadają się do spożycia przez ludzi. Jeśliby więc nie było tych ferm, zakłady mięsne i przetwórstwa rybnego musiałyby płacić za utylizację, a tak – sprzedają odpady hodowcom zwierząt futerkowych. Według odpowiedzi powiatowych lekarzy weterynarii czas kontroli z zakresu ubocznych produktów pochodzenia zwierzęcego na fermach wyniósł średnio 75 min i 6 s., przy czym praktyczny nadzór to „mniej niż jeden dzień w roku”. To oznacza, że w ciągu tej jednej wizyty lekarze weterynarii mają sprawdzić, czy zwierzęta są karmione właściwą paszą spełniającą normy, czy mięsna karma jest przechowywana we właściwych warunkach itp. Niewłaściwa i nieodpowiednia karma to niebezpieczeństwo groźnych chorób, m.in. pseudomonadozy, salmonellozy, pasterelozy, zapalenia mózgu i kręgów czy szczególnie groźnych także dla człowieka zakażeń bomblowicą wielojamową – wywoływaną przez larwy tasiemca Echinococcus multicularis. Tasiemiec ten został w rozporządzeniu ministra środowiska z dnia 29 listopada 2002 r. uznany za jednego z dwóch najgroźniejszych pasożytów niebezpiecznych dla ludzi.

Tymczasem wiele kontrolowanych ferm nie przywiązuje wagi do sposobu pozyskiwania i przechowywania karmy. Na przykład na fermie w Przyjmie stwierdzono, że „lisy karmione były drobiem pochodzącym z niewiadomego źródła, w dniu interwencji w klatkach zalegało zepsute, miejscami zielone, śliskie mięso. Pod klatkami zalegały odchody i resztki zepsutego pożywienia, przy których gromadziły się roje much. Próbki mięsa zalegającego w klatkach zostały wysłane do laboratorium w celu analizy, która wykazała obecność pałeczek salmonelli”.

Z powodu niewłaściwego karmienia i możliwości utrzymywania się patogenów w kale mięsożernych zwierząt futerkowych wykorzystywanie pochodzącego od nich nawozu jest wprawdzie dopuszczone, lecz dopiero po roku kompostowania.

Minister Jurgiel powołuje się na listy od obywateli, samorządów i przedstawicieli „szeroko rozumianej branży współpracującej z hodowcami”. Co do ubojni czy producentów wyposażenia ferm, nie ma wątpliwości, że mogliby oni stracić na zakazie. Jeśli chodzi o samorządy i obywateli, trudno nie dostrzec sprzeczności. W wielu gminach, w których funkcjonują fermy lub planowano ich uruchomienie, odbyły się społeczne protesty mieszkańców. „Zwierzęta karmione są głównie padliną, fetor gnijącego mięsa będzie roznosił się nad całą okolicą” – mówili mieszkańcy Gwdy. „My tu mamy własne studnie i boimy się, że zostaną zanieczyszczone, gdy taka hodowla stałaby się faktem. Poza tym domyślamy się, jaki tu będzie zapach się unosił” – wtórowali im mieszkańcy Buślarów. Protestowali też m.in. mieszkańcy gminy Żórawina (skutecznie), Przelewic czy Pogórza Kaczawskiego. Obawiali się pogorszenia warunków życia, skażenia środowiska, zaniku innych źródeł zarobków (turystyka, rolnictwo, także ekologiczne).

Według sondażu instytutu GfK, 67 proc. badanych odpowiedziało, że jest za wprowadzeniem całkowitego zakazu hodowli zwierząt z przeznaczeniem na futra (sondaż przeprowadzono w dniach 4–9 marca 2016 r.). Obecna – wspominana przez szefa resortu – fala listów od obywateli nie jest pierwsza. Akcja taka została przeprowadzona już w czerwcu 2016 roku. Do Parlamentarnego Zespołu Przyjaciół Zwierząt wpłynęło wówczas wiele identycznie brzmiących i zaadresowanych tym samym charakterem pisma listów w obronie ferm. Autorką powielanego wzoru miała być Paulina Moskalik, mieszkanka wsi zatrudniona przy produkcji klatek. W rzeczywistości była członkiem zarządu firmy należącej do jednego z największych producentów skór norek w Polsce.

To prawda. Właściciele firm z Danii, Finlandii, Kanady czy USA mogą sprzeciwiać się zakazowi prowadzenia ferm w Polsce, głównie dlatego że jest to potencjalne źródło ich dochodów. Większość skór produkowanych w Polsce sprzedaje się poza krajem za pośrednictwem domów aukcyjnych. I tak jednym z najbardziej zaangażowanych we wspieranie polskich hodowców partnerów zagranicznych jest North American Fur Auctions (NAFA) z siedzibą w Toronto – drugi co do wielkości dom aukcyjny na świecie. W Europie prym wiedzie duński dom aukcyjny Kopenhagen Fur. Obie te firmy z pewnością są zainteresowane, by handel kwitł.

Ciekawe, że listy mają pochodzić m.in. z Danii. Kraj ten w 2009 roku uchwalił ustawę zakazującą hodowli lisów (z okresem karencji dla dwóch największych ferm do 2013 roku). Po wejściu w życie tego prawa wielu hodowców przeniosło swój biznes do Polski. W Finlandii natomiast – trzecim europejskim producencie skór po Danii i Polsce – trwa akcja mająca na celu wprowadzenie zakazu. Aktualnie zbierane są podpisy pod petycją o podjęcie prac legislacyjnych. Kraj ten znajduje się na podobnym etapie jak Polska. Różnica jest jednak podstawowa: hoduje się tam głównie lisy – mniejsze zagrożenia dla środowiska niż norki amerykańskie, które z kolei dominują w Polsce.

Źródło: biznes.gazetaprawna.pl